Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę. Już na sali poporodowej, gdy patrzyłam na mojego malucha chciałam drugi dziecko. Postanowiliśmy, że zaczniemy starać się o rodzeństwo dla synka gdy tylko będzie to możliwe. I tak się staramy od prawie pół roku. I nic. Cały koszmar zaczął się na nowo. Monitoring cyklu, badanie hormonów, teraz czekamy na wnyki męża. I tu mam największe obawy. Bo niby po zabiegu parametry się poprawiły ale o jakieś 0,5% a zaczynalismy od zera :-(. Stwierdzam wiec, ze Mały jest wymodlonym w Watykanie cudem. Wyniki w czwartek. Zwariuje do tego czasu.
i ZNOWU IRYTUJĄ MNIE PYTANIE : "Kiedy drugie?" Chyba juz czas? Czy ja wiem - raczej ludzie nie decydują sie tak szybko.
Padło pytanie: "Co jeśli sie nie uda?Jeśli bedzie coś nie tak? Ja już nie mam siły ciagać sie po lekarzach."
on: Porozmawiamy o adopcji!!!!!!! - jednak cuda dzieją się codziennie.
W rodzinie zostaliśmy uznani za dziwadła gdyż uwaga uwaga: Nie wyprawiamy Małemu ROCZKU. Będziemy my i On. Juz mi zbrzydło tłumaczenie, ze Mały się meczy, źle znosi takie imprezy, ze dla Niego za dużo bodźców i później kilka dni odchorowuje. Nie zrozumiał absolutnie nikt. Na stwierdzenie "I tak przyjadę" Odpowiadam, ze nas niestety nie będzie w domu. Wiedziałam, ze nie będzie łatwo ale nie , ze aż tam.
Tymczasem mamy już 8 zębów i kolej ne zapalenie ucha :-(.
Potrzymajcie proszę trochę kciuki.
I polecam film "Moje córki krowy". Każe się zastanowić nad tym co w życiu ważne.